czwartek, 9 maja 2013

Can you feel me in your arms?


    Miłość - uczucie które sprawia ból, rozdziera od środka, pozostawia po sobie pustkę i strach. Ból - fizyczny, czy psychiczny? Osobiście uważam, że ten drugi jest sto razy gorszy. Ludzie boją się zaufać komukolwiek ze strachu przed wewnętrznym cierpieniem. A zaufanie? Cholera wie, czym właściwie jest. Boimy się ufać. Boimy się wierzyć. I tak koło się zatacza. Nie ufam. Nie kocham. Nie odczuwam bólu, pustki, strachu. 

    Nazywam się Hayley Williams, mam dwadzieścia cztery lata i wszystko to, o czym wspomniałam u góry to brednie. Ufam, kocham i cierpię. Nieodwzajemniona miłość, słyszał ktoś może o niej? Jeśli mam być szczera, to nie życzę jej nawet najgorszemu wrogowi, a mam ich kilku, i nocami zastanawiam się jakby to było, gdyby to mi było dane zadać im ten ostatni cios, usłyszeć ostatnie uderzenie serca…

    Na miłość boską, Hayley! O czym ty do cholery myślisz? Westchnęłam, chowając twarz w dłonie.  

    - Hayley, wszystko okej? - Jeremy rozsuwając zasłony usiadł obok mnie. Od ponad doby jechaliśmy autokarem do Los Angeles w stanie California. Po co? W pogoni za marzeniami, karierą muzyczną, pieniędzmi, których wcale nie potrzebowałam. Nie potrzebowałam sławy, willi z basenem, milionów na koncie i nie marzyłam o byciu gwiazdą. Może kiedyś, jako mała dziewczynka chciałam być kimś więcej, chciałam zaistnieć, ale z biegiem lat przestało mnie to pociągać. Miałabym sprzedać swoją prywatność? Pozwolić by miliony ludzi na świecie zachwycało się mną i pragnęło znać jak najwięcej szczegółów z mojego życia? Miałabym stać się jedną z tych pustych gwiazdek, dla których nic się nie liczy oprócz sławy i kasy? Mowy nie ma! W takim razie co robię w tym pieprzonym autobusie, walcząc z wymiotami i napływającymi do oczu łzami? Och, to trochę długa historia. 

    Zakochałam się. Mając dziewiętnaście lat. Wpadłam jak śliwka w kompot, krótko mówiąc. I do tej pory, beznadziejnie zakochana staram się jak mogę, by obiekt moich westchnień zwrócił na mnie uwagę. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Jak zwykle biegłam na próbę, potwornie spóźniona. Kiedy wpadłam do garażu braci Farro wszyscy rzucili się na mnie z krzykiem. Wszyscy oprócz niego. Siedział na starej, zniszczonej kanapie delikatnie szarpiąc za struny swej ukochanej gitary. To było jak grom z jasnego nieba, uniósł głowę i patrząc prosto w moje oczy uśmiechnął się przyjaźnie, bez jakichkolwiek pretensji. I wtedy zrozumiałam, że chcę, aby Josh był dla mnie kimś więcej, niż tylko przyjacielem. Pragnęłam tego z całego serca. I na pragnieniach się skończyło. 

    - Ziemia do Hayley! Dziewczyno, co z tobą? - Jer pomachał mi ręką przed oczami. 

    - Wszystko w porządku, po prostu się zamyśliłam - odparłam wymijająco. Jeremy wiedział. Od samego początku. Od tamtego uśmiechu. Wiedział też, że właśnie teraz myślałam o Joshu. Twierdził, że mam wtedy głupkowato rozmarzony wzrok. 

    Davis zasunął zasłonę, która dzieliła moje łóżko od pozostałych i objął mnie ramieniem.

    - Przykro mi - szepnął.

    - Niepotrzebnie. Przecież mówiłam że ze mną wszystko dobrze.

    - Jasne, jasne. Już ja znam te twoje gadki w stylu “jest dobrze, wcale o nim nie myślę i w ogóle nie cierpię z jego powodu więc daj mi w spokoju poużalać się nad sobą i rozpłakać w samotności”. 

    - Jeremy… - zaczęłam cicho, kompletnie zbita z pantałyku. 

    - Czekaj, Hay. Wiem że nie chcesz tam jechać, że nie chcesz tam zaśpiewać, olśnić ludzi swoim talentem. Wiem też, że robisz to dla niego, i jeszcze bardziej przez to cierpisz. 

    Milczałam, nie wiedząc co powiedzieć. Miał rację. Oczywiście że miał. Zawsze tak było. Jeremy potrafił czytać ze mnie jak z otwartej książki. 

    - Napisałam coś. To na razie tylko taka wersja robocza, ale… - podsunęłam mu pod nos skreślaną, pomiętą i poplamioną czarnym tuszem kartkę. Davis studiował przez chwilę tekst z głębokim skupieniem. 

    - Jest genialna, Hayley! - zawołał po czym skrzywił się, kiedy zasłoniłam mu usta ręką - serio Mała, jest świetna - dodał konspiracyjnym szeptem. Uśmiechnęłam się tylko i zabrałam mu kartkę, którą schowałam do kieszeni mocno spranych dżinsów. 

    - Wiesz, pokazałam Ci ją, bo ona… Sama nie wiem, opisuje ten wielki chaos który się teraz we mnie znajduje - odruchowo wbiłam wzrok w dłonie, zawsze tak robiłam, kiedy mówiłam o uczuciach. Nie lubiłam o nich mówić, nie lubiłam ich pokazywać. Nauczyłam się je chować, głęboko, głęboko w sobie. 

    - Chciałabyś ją zaśpiewać? Dzisiaj? 

    - Nie! - odparłam machinalnie - Nie chcę żeby on ją usłyszał. 

    - Rozumiem - Jeremy pokiwał głową i wstał z łóżka - Za parę godzin będziemy na miejscu. Powinnaś się zdrzemnąć do tego czasu - stwierdził. Przytaknęłam mu ochoczo, zmęczona całą tą rozmową - I Hayley… 

    - Tak? - podniosłam wzrok znad poduszki, którą poprawiałam. 

    - Wciąż możesz się z tego wycofać. 

                                                     ***

    - Stary, jeszcze tylko jakiś jeden marny zespół i scena należy do nas! - Wrzasnął Mike, przekrzykując prowadzącego opowiadającego jakieś nędzne suchary - Szansa, na którą tyle czekaliśmy, Chaz. Wystarczy tylko że zobaczy nas jakiś nadziany bufon z wytwórni. Zorientowałem się trochę w terenie, jest ich tu od groma! 

    - Shinoda, ogarnij się, bo zaraz dostaniesz orgazmu - mruknąłem. Nie denerwowałem się, skąd. Czułem się odrobinę nieswojo w gronie tych roznegliżowanych panienek, które Mike, jak i cała reszta naszego zespołu pochłaniała wzrokiem. Nie mogłem na nie patrzeć, za bardzo mi ją przypominały. Krzywiąc się i totalnie olewając mojego najlepszego kumpla skupiłem się na scenie, którą właśnie opuszczał prowadzący. Na sali przez kilka minut panowały egipskie ciemności i Mike zaczął głośno zastanawiać się, czy i nam pozwolą na jakieś efekty specjalne, kiedy energiczne szarpnięcie o struny elektryka zwiastowały nadejście nowego zespołu. Na środek drewnianego podestu wyskoczyła zgrabna, rudowłosa dziewczyna otoczona czwórką facetów. Każdy szybko zajął swoje miejsce, ruda odliczyła do czterech i spod palców krótko ostrzyżonego bruneta wypłynęła doskonale znana mi melodia. Od dawna podziwiałem zespół założony przez byłych członków legendarnych Gunsów, od których zresztą czerpałem inspirację. 

Can’t stop thinkin musta been trippin this evening, My mind is racing demons and all of my feelings are numb. Yeah, and when I roll with my head in the wind. And I feel like the king of the dead men wishin they had gotten together with you girl, but you’re a dirty little liar with a message of obsession to come.

    W pierwszej chwili zupełnie nie wiedziałem co robić. Jej mocny głos po prostu zbił mnie z tropu. Spodziewałem się raczej delikatnego, wysokiego pisku. Jakim cudem takie małe, rude stworzenie może wydawać z siebie takie dźwięki? Zszokowany spojrzałem na Shinodę, który chyba wcale nie zauważył że z wrażenia szczena opadła mu do samej ziemi. Rozbawiony odnalazłem wzrokiem rudowłosą, która zabierała właśnie z jakiemuś chłopakowi stojącemu pod sceną butelkę whisky. Niezły z niej charakterek, stwierdziłem uśmiechając się zawadiacko. Wyczuwałem od niej jakąś dziwną energię, nie mogłem odwrócić wzroku od jej smukłej sylwetki aż do końca piosenki. Później przyszła kolej na balladę, tym razem ich własny utwór. Dziewczyna  nie skakała już po scenie, nie robiła seksownych póz i nie tańczyła w sposób, który pobudził zmysły każdego obecnego na sali faceta. Usiadła przy pianinie, wzięła głęboki oddech i zaczęła grać. Mike jakoś się pozbierał, i wrzeszczał mi coś do ucha, kiedy starałem się zrozumieć słowa piosenki. W rezultacie nie rozumiałem ani jego, ani tekstu ballady. Wiem tylko tyle, że kilka dziewczyn wokół mnie ukradkiem ocierało łzy i nagrodziło gorącymi brawami zespół. 

    - Stary, nie mamy szans - jęknął, jak dotąd pewny siebie Mike. 

    - O czym ty pieprzysz? - zdzieliłem go po głowie po czym ruszyłem w kierunku sceny, gdzie prowadzący znów opowiadał niskiej jakości żarty. Właśnie miałem wydrzeć się na Shinodę za brak wiary w nasz potencjał, kiedy ją ujrzałem. Stała w objęciach jakiegoś napakowanego kolesia i mizdrzyła się do niego. Zawrzało we mnie, miałem ochotę podejść tam i przywalić temu pożal się Boże donżuanowi. Ale wiedziałem że za takie zachowanie wykopali by mnie z klubu. Mimo wszystko nie zrezygnowałem z zemsty, starałem się szybko coś wymyślić. Coś, co mogło zaboleć tylko i wyłącznie ją. 

    - Mike, słuchaj. Zagramy Pushing me away, ale w wersji z pianinem. - powiedziałem rzeczowo. Mieliśmy już zaplanowaną całą płytę, czekaliśmy tylko na kogoś, kto nas wspomoże w jej nagraniu i wydaniu.  

    - Co?! Mieliśmy zagrać A place for my head i… - zaczął zdenerwowany, ponieważ człowiek suchar właśnie wywołał nas na scenę.

    - Wiem, i zagramy. Ale zamiast Papercut zagramy Pushing me away. Dobra? 

    - W sumie… - zerknął na rudowłosą, która z zaciekawieniem obserwowała naszą dwójkę spod sceny. Wiedziałem, że chłopak myśli o tym jak publiczność nagrodziła jej zespół za balladę - Zgoda. 

Why I never walked away?
Why I played myself this way?
Now I see, your testing me pushes me away.

    Twarz Regan - mojej byłej, z pewnej siebie i zadowolonej zmieniła się na przerażoną. Znała mnie, wiedziała że byłem zdolny do napisania piosenki wprost do niej. Może przeraziła się, że jej nowa ofiara zorientuje się że śpiewam o niej. Jej twarz, przybierała odcień śnieżnej bieli. Wiedziałem, że jej wargi zaczęły drgać. Opuściła ręce które jak dotąd trzymała założone na piersi i wpatrywała się we mnie wzorkiem pozbawionym jakichkolwiek emocji. Ona znała mnie, ja znałem ją. Doskonale wiedziałem że właśnie broni się przed potokiem łez. Świetnie skarbie, Dokładnie takiej reakcji się spodziewałem.  

    Kiedy skończyłem wydzierać gardło przy drugiej i ostatniej piosence, byłem dosłownie wycieńczony. Regan szybko się pozbierała, mierzyła mnie wzrokiem, który mógłby zabijać, ale kiedy zacząłem wydzierać się: You try to take the best of me, go away! straciła nad sobą kontrolę i opuściła lokal.

    Mimo że gardło dawało mi się we znaki, podziękowałem całemu klubowi za tak gorące przyjęcie, i wypełniony dziwnym uczuciem wolności zeskoczyłem ze sceny. Prosto na rudowłosą. 

    - Nieźle drzesz gardło - mruknęła, mrużąc oczy. 

    - A ty całkiem nieźle śpiewasz - odparłem.

    - Całkiem? - spytała, zrobiła krok w tył i zachwiała się. Cudem udało mi się ją złapać. 

    - No, mała. Chyba przeholowałaś - zaśmiałem się, wdychając zapach alkoholu dochodzący z jej ust. 

    - Nie jestem mała! - zawołała rozzłoszczona, próbując oswobodzić się z mojego uścisku - Mała to jest twoja… 

    - Hej, hej, hej. Spokojnie, może lepiej wyjdziemy na zewnątrz? - spytałem, czując co się święci. Dziewczyna pokiwała głową i pozwoliła się wyprowadzić na tyły knajpy. Posadziłem ją na krawężniku i zająłem miejsce obok. 

    - Ta piosenka była taka… Głęboka - wybełkotała - Mimo, że jestem zalana w cztery dupy, i zdaję sobie z tego sprawę, to potrafię coś takiego docenić - dodała. Zaśmiałem się cicho. Gdyby znała okoliczności pisania tego utworu, stwierdziłaby, że jest przepełniony nienawiścią i żalem. Napisałem ją przez Regan. Przez to że odeszła bez słowa, potem starała się do mnie wrócić, ale potrzebowałem czasu. Wtedy przespała się z moim najlepszym kumplem. W obecnej chwili byłym najlepszym kumplem. Nie chciałem jej tego mówić, dziwnym trafem jej opinia dużo dla mnie znaczyła, choć znałem ją od zaledwie pięciu minut. 

    - Odprowadzić Cię do domu? W takim stanie sama daleko nie zajdziesz. 

    - Nie wiem gdzie mieszkam - odparła po chwili namysłu - Jestem Z Tennessee. 

    - W takim razie, co ty tu do diabła robisz? - parsknąłem śmiechem. 

    - Spełniam marzenia - mruknęła, opierając głowę na moim ramieniu. Nie mogłem jej zostawić tu samej, na pastwę losu potencjalnych gwałcicieli.

    - Nie ruszaj się stąd, poszukam twoich kolegów - oznajmiłem i wróciłem do klubu.  Znalazłem Mike’a śpiewającego jakąś piosenkę w stylu country z Jackiem Danielsem w duecie, Phoenix’a zalanego w trupa, Brada, obściskującego swoją gitarę i szepczącego do niej czułe słówka, ale za cholerę nie mogłem znaleźć żadnego chłopaka z jej zespołu. Zrezygnowany wróciłem do dziewczyny, która za czas mojej nieobecności zdążyła zasnąć. Na środku chodnika. W samej bluzce na szelkach. Delikatnie, by jej nie obudzić, założyłem jej swoją koszulę i wziąłem ją na ręce. 

    - Spełniam marzenia - wyszeptała, tuląc się do mojego torsu jak małe dziecko - Szkoda, że nie moje. 

    Jej usta ułożyły się w uroczy dzióbek. Była taka mała i bezbronna. Chciałem się nią zaopiekować, pomóc jej. Chciałem być dla niej wsparciem, chciałem brać czynny udział w jej życiu, choć dopiero co ją poznałem. 

    Potrząsnąłem głową. To było chore. A jednak prawdziwe. Ta dziewczyna ma nie tylko magnetyczny głos, który przyciąga tłumy. Od samego początku, odkąd tylko weszła na scenę nie mogłem oderwać od niej wzorku. Miała w sobie coś, co mnie do niej cholernie przyciągało. Przerażające? Nie tak bardzo, jak fakt, że wcale nie miałem ochoty walczyć z tym magnetyzmem. Cholera. 

1 komentarz:

  1. Mam wrażenie, jakbym to już gdzieś czytała, wiesz? Nie miałaś przypadkiem kiedyś tego napisanego na innym blogu? JEST ŚWIETNE! Nie rozumiem dlaczego nie widzę jeszcze dalszej części historii. Wytłumaczysz mi to, kochaniutka? Wiesz, że potrafię być BARDZO natrętna, prawda? :D Holy shit, czuję odzwierciedlenie swojej osoby w postaci Hay. Nieszczęśliwie zakochana- plusik. Cierpiąca- plusik. Spełniająca czyjeś "zachcianki" zamiast iść za swoimi marzeniami- plusik. Wiem, że
    Czekam z niecierpliwością na następny rozdział, napawając się pierwszą częścią <3

    OdpowiedzUsuń